Wszystkie teksty w kategorii "Alkoholowe": 232
- « Poprzednie 10
- Strona: 4 z 24
- Następne 10 »
Ostatnio bawiliśmy się na jednym weselu. Wesele było organizowane poniekąd chałupniczo - najpierw uroczysty obiad dla rodziny, tydzień później biba dla znajomych. Bibę zorganizowano w zaprzyjaźnionym ośrodku kultury, żarcie przygotowałyśmy całą babską ekipą, młodzi zadbali o część rozrywkową, zaś kolega Witula, powołując się na jakieś tam znajomości hurtownicze obiecał przytransportować alkohol.
Impreza już się zaczęła, młodzi odebrali od wszystkich życzenia i prezenty, gotowiśmy się bawić, a Witusia - nie ma. DJ puszcza imprezowe lodołamacze, ludzie wskakują na parkiet, zabawa trwa już godzinę, a Witusia - nie ma. Zaczynają się rozmowy na ten temat. Jedni niecierpliwią się brakiem napojów wysoko gazowanych, inni martwią się, że może coś mu się stało, jeszcze inni już układają scenariusze, co tym razem Wituś mógł wywinąć, łącznie z opcją, że zapomniał o imprezie. I w chwili, kiedy po towarzystwie krążył już kapelusz ściepowy na zakup czegoś dla przetrwania do przyjazdu alkoholu właściwego - pojawił się Witula. Od progu przepraszał, w pas się kłaniał i tłumaczył, że trafiła mu się najdziwniejsza kontrola drogowa w życiu.
Wyjechał z domu dość późno, a znajomą hurtownię miał aż w Sochaczewie (jakieś 70 km od miejsca imprezy), zatem dociskał mocno gaz. W drodze powrotnej "misie" zamachały mu lizakiem. "Przekroczył pan dozwoloną prędkość o 48 km/h, to będzie tyle to a tyle złotych mandatu i tyle to a tyle punktów karnych" no i rutynowa kontrola - dokumenty, apteczka, bagażnik... I nagle dziwnym zrządzeniem losu policjanci po prostu oddali mu dokumenty, pouczyli, życzyli szerokiej drogi i puścili bez mandatu. Faktycznie - dziwnie. Przy takim przekroczeniu prędkości raczej nie udaje się wymigać od mandatu, a tu taki psikus?
Zagadka wyjaśniła się po otwarciu bagażnika, gdzie zauważyliśmy, że z jednej ze skrzynek z wódką ubyły trzy butelki.
Mój znajomy musiał wymyć mocno poplamioną ławkę w szkole, więc razem z kolegą udał się do najbliższego sklepu po denaturat. Jeden z nich podchodzi do sklepikarki.
- Poproszę butelkę denaturatu - prosi.
- Ja też poproszę butelkę denaturatu i butelkę "Heleny" - wtrąca się następny po nich w kolejce facet.
Ogólna konsternacja.
- "Helena" dla żony - dodaje po chwili.
Do mojego kolegi podchodzi mały dzieciak:
- Daj coś słodkiego.
- A ile masz lat?
- Dziewięc czyli tyle co twoja stara.
Mina kolegi bezcenna :)
Stoję w sklepie w kolejce i jestem świadkiem takich zakupów.
Klient: Jest maślanka smakowa?
Sprzedawca: Niestety nie ma.
Klient: To poproszę dwa browary.
W sklepie nocnym facet przede mną mówi do sprzedawczyni podając wymiętoloną dychę:
- Najtańsze papierosy i pół litra denaturatu.
Imprezka jakie co tydzień urządzamy. Alkohol, fajeczki, muza się sączy, laski przy innych stolikach udają, że solo dzisiaj wieczór... A ja mamusi obiecałem, że od tego tygodnia już nie sponiewieram się i nie wezmę piwska do gęby. Niestety - dzień w pracy parszywy, ale "utarg" był ponadprzeciętny więc trzeba było to oblać. "Ale tylko jedno, pół godzinki literackiej konwersacji i zostawiam kolegów, bo mamusia najważniejsza. Daje przecież schronienie staremu zagorzałemu kawalerowi ;-)".
Wpadam do lokalu, a tam kobietki równiutko wymieszane z kompanami, którzy podniesionymi rękami radowali się, że wszedłem w najodpowiedniejszym momencie.
Obietnice złożone mamusi, prysły wraz z delikatnym szumkiem i błogością stanu po pierwszym szybkim browarku.
To była jedna z przedniejszych imprez jakie w ostatnim okresie mi się trafiły i to nie była tylko moja opinia. Wychodząc i żegnając się z "przyjaciółmi" już móżdżyłem co zrobić i ewentualnie jak ugłaskać rodzicielkę. Niedaleko miałem więc i pomysłów niewiele się napatoczyło. Jeden z nich wydawał się najprostszy - skupić się, skruszyć i próbować nikogo nie zbudzić. Pomysł miał nikłe szanse powodzenia, gdyż mamusia czujny sen nabyła przez lata rodzicielstwa, więc w zanadrzu wymyśliłem jeszcze oblewanie przyjętych zaręczyn dobrego przyjaciela. To miał być plan B, ale dopiero po nakryciu mnie na gorącym uczynku.
Wchodzę więc cichutko przez domofon, potem delikatnie otwieram zamki na III p. (nie pamiętam jak wchodziłem trzy razy na drugie piętro i dlaczego w jednym bucie, a drugi w ręku). Wszedłem po cichu jak tylko potrafiłem do domciu, nie zapalając światła rozebrałem się w pokoju, wszystko w kosteczkę, spodnie w kancik, a że jesień już późna była to klamotów było kilka.
Ułożyłem się wygodnie, przykryłem i w błogostanie delektowałem się pozornym zwycięstwem nad kreowaniem swojego nowego, abstynenckiego wizerunku w postaci nawracającego się młodzieńca. Tylko zamknąłem oczy i odleciałem (a tak przynajmniej mi się wydawało) zbudził mnie wibrujący krzyk nad moją głową:
- Ty pijaczyno kończony! Alkohol wyżera ci mózg i skończysz w rysztoku! - itd...
Wiele jeszcze zdążyłem usłyszeć na swój temat, a raczej na stan w jaki się wprowadziłem minionej nocy. Siłą woli otwieram w tym zgiełku jedno oko i próbuję rozejrzeć się po rzeczywistości - szary poranek już był w pełni więc musiało minąć kilka godzin w czasie, jak mi się wydawało, króciutkiego snu. Ogarniam pokój i widzę wszystko jak na dłoni; ciapki razem stoją przy łóżku, spodnie przewieszone, żeby dało się dziś również je założyć, pozostałe rzeczy w jak największym porządku... Więc czego się czepia z samego rana!!??
- Czapkę byś chociaż zdjął!!
Za dawnych czasów, kiedy to jeszcze z kolegą smakowaliśmy w niezbyt wygórowanych cenowo winach, wybraliśmy się do sklepu nocnego po wyżej wymieniony trunek. Kupowało się przez takie małe okieneczko - należało powiedzieć, co się chce, wtedy pan znikał między półkami i przynosił pożądany towar. Podchodzimy więc do tego okienka i mówimy:
- Dobry wieczór, prosilibyśmy Komandosa.
Wtedy miły pan zniknął gdzieś za rogiem i dobrą chwilę go nie było. Wrócił dzierżąc jakieś czasopismo w dłoni i powiedział:
- Niestety nie ma, ale jest "Żołnierz Polski". Może być?
Wyjaśniliśmy panu, że chodzi nam o napój, a nie o gazetę, ale niestety nie miał w asortymencie. Nie pamiętam, co wzięliśmy wtedy, ale Komandos to jedyne wino, które ma swoją gazetę!
Autentyk opowiedziany przez kolegę.
Ów kolega jechał sobie tramwajem w ciepły dzień. Brakowało siedzacych miejsc. Miejsce stojące zajmował sobie m.in. pijaczek, trzymał się górnej rurki, bujal się tak na lewo i prawo. Obok pijaczka 'podwiesila' sie kobieta z owłosioną pachą. Komentarz podpitego pana: 'TE, BALETNICA! A TA NÓŻKA TO NIE ZA WYSOKO?'
Podczas melanżu, już nieco wstawieni imprezowicze (a było to same męskie grono) oglądają telewizję (kanał dla dorosłych). Pewien kolega znalazł ciemne okulary. Nałożył je i kaptur na głowę i mówi do innych:
- Ha! Teraz jestem chuligan.
W tym momencie z telewizji słychać:
-Wyglądasz jak dziwka.
Chłopaki mało się nie posikali ze śmiechu.
Hah... To było jakiś czas temu, zaraz po tym jak zdałem prawko:) Oczywiście moi koledzy wyciągnęli mnie na melanż ( ich melanż, ponieważ ja prowadziłem auto, gdyż byłem świeżym kierowcą i muszę zdobywać doświadczenie na drodze )... To było w małej miejscowości, ale na tyle dużej, że miała ona już własny posterunek policji:) To właśnie przy nim działa się ta piękna akcja:) Koledzy już ładnie pijani... można by rzec nawaleni, prowadzą się we czwórkę bo sam to raczej żaden z nich nie dałby rady iść:) Ja szedłem kawałek za nimi bo było mi wstyd się z takimi pijokami (sic!) prowadzić:) Nagle jednemu z (K)olegów zachciało się siusiu akurat przy tym nieszczęsnym posterunku...:/ No i idzie pod ścianę i leje... leje... leje, aż wychodzi (P)olicjant... I na dzień dobry:
P - dobry wieczór, posterunkowy (taki i taki), dokumenty Pana poproszę.
K - no sieeeeemanoooooo... Poczeka pan chwilkę? Tylko się odleje...
P - za to lanie pod ścianę będzie mandat 50zł
K - Coooooo? No to pan wypisz 100 bo zaraz będę sraćććć...
Reszta kolegów jak to usłyszała nagle wytrzeźwiała hah... a ja jako trzeźwy, poszedłem wytłumaczyć kolegę... Skończyło się upomnieniem, ale kolega następnego dnia ze szczotką musiał wysprzątać cały plac posterunku:)
- « Poprzednie 10
- Strona: 4 z 24
- Następne 10 »
